Tu znajdziesz artykuły zamieszczone w gazetach na temat osiedla A:
GAZETA WYBORCZA
Osiedle A-Moje Życie !!! 23.10.07
W roku 1952 do dyrektora kopalni Ziemowit zaszedł młodzieniec (dzisiaj pradziadek trzyletniej Natalii). Wyglądał wtedy jak na fotografii z wystawy na placu Anny w Tychach - wysoki, smukły, w garniturze, oparty zuchwale o pomnik górnika.
O pracę pyta, a w duchu myśli o mieszkaniu. Bo Ziemowit - tę rewelację wyczytał w "Trybunie Robotniczej" - daje swoim górnikom mieszkania na osiedlu, które właśnie budują w Tychach. A on ciśnie się na komornym w Brzezinach Śląskich.
- Żonę mam, dwójkę dzieci, rodzina rozwojowa - zaczął (urodzi mu się jeszcze piątka).
- No dobrze - dyrektor ucina niewzruszony. - A co potraficie?
Młodzieniec na to prostodusznie: - Górnik jestem. A górnik i kilofem umie, i za ślusarza, za elektryka...
Na potwierdzenie podsuwa dyrektorowi "Trybunę": - Czytajcie tu, o mnie.
Pisano tam o Stanisławie Chmielarskim z Brzezin, lat 22, że przodownik pracy, 138 procent normy wyrabia.
- Siadajcie, siadajcie! - zapalił się dyrektor. - Pani Janeczko - woła sekretarkę. - Proszę przynieść klucze - po czym wręcza młodzieńcowi cały pęk: - Możecie sobie wybrać.
Chmielarski wybrał na Stalina dwa pokoje z kuchnią. Zanim się tam przeprowadzi we wrześniu 1953 roku, Stalin umrze i ulicę przemianują na Pstrowskiego, jak i centralny plac osiedla. Chmielarski do dziś mówi "na Pstrowskiego", chociaż plac od dawna nosi imię Anny, jak całe osiedle. W skrócie "A".
A świnia w łazience
Zeszłej niedzieli był festyn na 55. urodziny osiedla. Na placu Anny wystawiono stare zdjęcia z albumów rodzinnych. Stanisław Chmielarski dał sześć. - To moja żona - pokazuje. Żona pozuje mu na ulicy z ich pierworodnym Romanem i Basią. W wózku spacerowym Bogusia. Zostanie katechetką, tutaj ma dwa lata. Poczęta już na "A". Na wyprawkę dostała od państwa dziesięć tetrowych pieluch plus śpioszki i kaftaniki, dwa komplety, bo uznano, że się urodziła pierwsza w 1955 roku.
Z lewej Wiktor Libera z żoną. Sprowadzili się na "A" z Chmielarskimi. - Poprosiłem dyrektora kopalni, dajcie też mieszkanie Liberze, to kolega, razem będzie nam raźniej.
Osiedle było zbieraniną ludzi z całego Śląska, ba, czasem z Polski. Na zdjęciu wyżej osioł ciągnie wóz pełen klamotów - tak transportowali dobytek z pobliskiego dworca kolejowego. Chmielarski zrobił zdjęcie ze swojego okna, jak Ciołek (imienia nie pamięta) wyładowuje zwierzęta hodowlane. Cielaka będzie trzymał na balkonie, a świnię w łazience.
Rdzenni tyszanie o tych z "A" mówili: "ci z bloków". Ci z osiedla z kolei gardzili tymi z baraków, które postawiono w pobliżu dla robotników budujących bloki. Na zabawach dochodziło do bójek. - Jak wychodziliśmy na szychtę, to tynkarze z rusztowań zakradali się przez okna do naszych żon! - opowiada Chmielarski.
Trzy lata się oswajał z osiedlem. A teraz: - Jurek, cześć, Krysia, co u was! - co krok się z kimś wita. Albo jego zaczepiają: - Staszek, co tu robisz!
Jerzy i Krystyna Krupowie zamieszkali na "A" przed Chmielarskim, w 1952 roku, latem, więc musieli być prawie pierwsi (pierwsze klucze wręczano 1 maja). Ale z tamtych czasów niewiele pamiętają, mieli po 12 lat. - Całe osiedle to była wielka piaskownica - pani Krystyna wspomina jedyną atrakcję. Nawet do szkoły musiała chodzić (autobusy nie kursowały), kwadrans drogi stąd.
Bloki i błoto. Dopiero tacy jak Chmielarski - typ działacza, udzielał się w samorządzie osiedla - posadzą drzewa. - 386 sadzonek - rzuca z pamięci. - Rękami, po dniówce, w czynie społecznym.
Dzieci trafiały do domów po wężykach, jaszczurkach, rybach, łabędziach, psach, żyrafach w portalach drzwi do klatek schodowych. Płaskorzeźby i posągi wyskakują na "A" jak grzyby po deszczu. Oczywiście powstanie podstawówka, dwie naraz, przedszkole, żłobek i przychodnia zdrowia. Instruktor medyczno-sanitarny Chmielarski (był też ratownikiem górniczym) pamięta szpital polowy w bunkrze pod całym placem Pstrowskiego. Osiedle, pierwsze w Tychach, architekt Tadeusz Todorowski zaplanował jak małe miasteczko na sześć tysięcy mieszkańców. Sklepy w parterach bloków miały im wystarczać.
1958 rok, otwarcie domu kultury z salą kinowo-teatralną. Chmielarski najlepiej stąd pamięta barbórki i turnieje w szkata.
- O, proszę, jak komuna goniła - pani w lokach pokazuje zdjęcie tłumu na placu Pstrowskiego na obchodach pierwszomajowych. - Ty też tam byłaś - śmieje się do lokowanej Chmielarski.
Syrena jedyna na A
Apel, dziewczęta w czerwonych chustach pod białymi kołnierzykami. - Porozbijane płytki chodnikowe, porysowane tynki, połamane poręcze, systematycznie niszczone zieleńce, zdewastowane piaskownice i śmietniki - płynie z głośników na placu. - Wejdźmy do klatek schodowych. Brak klamek, całych zamków, malunki na ścianach, brak światła, wyłączników i przycisków dzwonkowych, szyby w drzwiach wejściowych porozbijane...
- Tak jest, tak tu właśnie jest - przytakują ze smutkiem zgromadzeni mieszkańcy. I dorzuca: - Fontanna nie działa. Nie ma gdzie usiąść. Na ławkach pijaki.
Plac już dawno nosi imię Anny. Jest 14 października 2007 roku. Grupa teatralna z okazji festynu przygotowała spektakl "Apel" w oparciu o artykuły z lokalnej gazety sprzed pół wieku.
Plac wyjątkowo jest dzisiaj zaludniony. Na co dzień jest parkingiem.
Pół wieku temu pod blokiem Jerzego Krupy parkowała syrena i długo, długo było to jedyne auto na "A". Stanisław Chmielarski wracał z gruby, jako jeden z trzech na "A", motorem. Rowerów nie było więcej.
Co tam gadać o kółkach. - Schodzili się do nas sąsiedzi na oglądanie - pan Jerzy wspomina dzieciństwo. - Mieliśmy trzeci na osiedlu telewizor.
A kościół
Etnolog Maria Lipok-Bierwiaczonek, dyrektor Muzeum Miejskiego w Tychach, poszukuje ludzi, którzy pamiętają z "A" więcej niż Stanisław Chmielarski. Czeka na archiwalne fotografie. Chce spisać historię osiedla, odnowić je, zarejestrować jako zabytek.
Architekt Wawrzyn Ratajski nazywa "A" unikatem. To bodaj trzecie w Polsce i ostatnie ucieleśnienie myśli urbanistycznej socrealizmu. W dodatku - tak się architektowi zdaje - w najpiękniejszej formie. - Taka miniaturka - mówi z zachwytem. Nowa Huta jest pompatyczna, a jeszcze większa dzielnica Marszałkowska wdarła się w przedwojenną Warszawę.
"A" Todorowski nakreślił na pustych 18 hektarach: dwie prostopadłe osie przecinające się w centrum, skąd płaskie budynki czteropiętrowe zniżają się o kondygnację do tych z brzegu, ze spadzistym dachem. Attyki, kolumnady i arkady w osi, wiodącej z dworca przez plac do miasta, druga oś, zamknięta domem kultury otwiera się na park.
W tym właśnie parku ojciec Wawrzyna, Grzegorz Ratajski, w 2000 roku zaprojektuje obiekt, na który czekał Stanisław Chmielarski. - Jak wszyscy - mówi. - Bo każdy górnik jest wierzący.
Budowa kościoła wciąż trwa. Parafianie z "A" nigdy nie będą należeć do majętnych.
Ratajski senior ma dystans do osiedla socrealistycznego. Jest synem architektów, którzy w biurze Wejchertów wymyślali Tychy od "B". Wejchertowie mają w mieście swoją ulicę. Nazwisko Todorowski mało komu się kojarzy.
Ratajski Wawrzyn, rocznik 80.: - Dla mojego pokolenia "A" jest atrakcyjne. Socjalizm staje się modny. Jeśli ktoś się interesuje sztuką, historią, socjologią... Wystarczy pokazywać to osiedle.
Na A się pokochali
Trzy lata temu Stanisław Chmielarski przeprowadził się na "H". Blok z wielkiej płyty, na "A" jeszcze używano cegły. Osiedla w Tychach nazywają się po kolei od liter w alfabecie, aż do ekskluzywnego "Z1".
- Kiedy rodzina się powiększyła, zamieniłem mieszkanie z Pstrowskiego na trzypokojowe, też na "A". Ale jak żona zmarła, ja, przyzwyczajony do porządku, nie byłem w stanie sam utrzymać go należycie. I dzieci mam na "H".
Ale po chleb Chmielarski wciąż chodzi na "A". Mówi, że tu najlepszy. Myśli o spotkaniu sąsiadów. Pójdzie do parku, na boisko, pokaże chłopakom, jak kopać piłkę. Przecież był na prawym skrzydle w Górniku, klubie osiedla "A".
Pewnie grają tu wnuki Krupów. Krystyna i Jerzy poznali się na "A", na "A" pokochali, a ich syn na "A" założył rodzinę.